Jak obezwładnić złodzieja!

Historia, którą Wam dzisiaj opowiem wydarzyła się naprawdę. Nie znam dokładnie dat ani imion, ale wiem, że bohaterem owej opowiastki był urokliwy starszy pan, będący dziadkiem znajomego mojej rodziny.

Zdaje sobie sprawę z tego, że wstęp, którym Was uraczyłam brzmi trochę jak bredzenie upierdliwej ciotki, próbującej wytłumaczyć Wam przy stole, z kim żeni się jakiś Wasz daleki krewny, którego macie w dupie. Babsko czepia się Was na rodzinnym spędzie, chwyta za przedramię dłonią silną jak imadło, świdruje oczkami bazyliszka i z miną pełną jakiegoś podejrzanego uniesienia wygłasza kwestię w stylu:

„Bo wiesz… Mariusz żeni się z tą Iwetą, co to jej wujek, chodził do klasy z kolegą brata szwagra kuzyna Twojego taty! ”

Po czym jej twarz z rozanielonej w ułamku sekundy przemienia się w prześcipnie uradowaną, świadczącą o tym, że w jej mniemaniu przekazała Wam właśnie coś tak zajebiście sensacyjnego, że pomyślne lądowanie misji załogowej na Marsie albo wynalezienie eliksiru nieśmiertelności to przy tym betka!

No ale wracając do tematu. W związku z tym, że nie znam imienia uroczego starszego Pana, który będzie bohaterem mojego dzisiejszego wpisu, nazwę go roboczo Dziadziem Pafnucym.

Pewnego pięknego lipcowego wieczoru, Dziadzio Pafnucy wybrał się na spacer do pobliskiego parku. Wydeptując wąskie ścieżki, przysłuchiwał się graniu świerszczy i szemraniu wody w stawie. Przyglądając się srebrzystej tarczy księżyca, rozmyślał o upływającym czasie i o pięknie otaczającej go przyrody. Gdy szedł tak pogrążony w nostalgii i zadumie, został znienacka potrącony, przez pędzącego z przeciwka wyrostka. Zasapany chłopak, rzucił w biegu krótkie „przepraszam” i ruszył szybkim krokiem w stronę parkowej bramy. Wytrącony z równowagi Dziadzio Pafnucy, przeczesał dłonią bujnego wąsa i zasępił się na chwilę. Odzyskawszy animusz, postanowił sprawdzić, która jest godzina i wtedy go zamurowało…Na jego nadgarstku brakowało zegarka! Nie chodziło tu bynajmniej o byle jakiego chińskiego sikora z kiosku Ruchu, ale o pamiątkę po ojcu – weteranie wojny polsko-bolszewickiej.

Pomimo sędziwego wieku Dziadzio Pafnucy był w całkiem dobrej formie. Nie należał on także do ludzi przesadnie bojaźliwych. Zrozumiawszy, że padł ofiarą rabunku, bez chwili zastanowienia ruszył za złodziejem. Wspomagając się laseczką rozwinął prędkość na tyle dużą, że jeszcze przed parkową bramą, zdołał dogonić rabusia. Po krótkiej wymianie zdań, zirytowany Dziadzio, postanowił siłą odebrać swoją własność. Odrzucił na bok laseczkę i z całym impetem runął na zszokowanego wyrostka, powalając go na ziemię. Po kilku ciosach w nos i duszeniu gilotynowym, pokonany złoczyńca rzucił pod nogi Dziadzia zegarek i uciekł w bliżej nieokreślonym kierunku.

Zadowolony z siebie Dziadzio Pafnucy, założył zegarek i spokojnym krokiem udał się do domu. Po wieczornej herbatce i krótkiej rozmowie z żoną, zrelaksowany Dziadzio położył się do łóżka i jak co wieczór postanowił odwiesić swój ukochany zegarek na stojącą obok łóżka lampkę nocną. Nawet nie wiecie jak wielkie było jego zdziwienie, kiedy zorientował się, że na tej właśnie lampce wisi już jeden zegarek…identyczny jak ten, który należał do jego ojca – weterana wojny polsko-bolszewickiej.

Zrobiłam coś strasznego! Nie słuchajcie złego Chochlika!

Stoję se przy bankomacie. Bankomat za drzwiami, więc kultura nakazuje czekać na zewnątrz. W środku jegomość o aparycji delikatnie wskazującej na umiłowanie do trunków wyskokowych, manipuluje przy maszynie. Deszcz ze śniegiem siecze poziomo, a przed bankomatem jak na złość nie ma zadaszenia. Nie mam ze sobą parasola, bo jakoś tak nigdy nie noszę. To taki klamot nieporęczny, a ja lubię mieć rączki wolne.

No więc stoję se przy tym bankomacie i przestępuję z nóżki na nóżkę. Kaptur mi zwiewa i w głowę zimno. Czapki nie mam, bo przecież łysa nie jestem i zawsze wychodzę z założenia, że te trzy włosy co mam, jakoś tam mnie ochronią. Jegomość w środku po raz drugi wyciąga kartę z maszyny i upuszcza ją na beżowe kafle podłogowe. Lodowata plucha leci mi do nosa i oczu, a obraz powoli staje się zamglony. Przez chwilę przypominam sobie czasy dzieciństwa, kiedy to po szalonej zabawie na śniegu, patrzyło się zaklejonymi białym puchem oczyma, na migocące w oknach i na balkonach różnokolorowe lampki choinkowe.

Gentleman po raz trzeci wkłada kartę do maszyny. Przed przyciśnięciem każdego kolejnego guzika, odczekuje kilka dobrych sekund. Jego dialog z bankomatem opiera się na podejściu analitycznym i cichej, ale jednak dającej się dość mocno wyczuć sile perswazji. Karta wysuwa się z maszyny po raz trzeci i jakimś dziwnym trafem znów wysmykuje się z rąk właściciela, po czym z gracją motyla ląduje na ubłoconej posadzce. Wyraźnie poirytowany klient, wypowiada pod nosem słowo macierzyńskie i usiłując podnieść kartę, wykonuje nagły skłon, połączony z dość  zamaszystym wymachem ręką. Opuszki jego palców delikatnie muskają upuszczoną własność, ale grawitacja, wespół ze śliską posadzką upapraną błotem pośniegowym okazują się silniejsze.

Chłop z impetem upada na twarz, zahaczając po drodze czołem o blat bankomatu. Dźwięk z jakim jego głowa uderza o szklaną półkę, wybudza mnie z letargu. Przecieram mokrą twarz, trzęsącą się z zimna ręką i oceniam sytuację. Rękawiczek nie noszę. No bo przecież wszędzie jeżdżę samochodem, a w rękawiczkach nie wygodnie się prowadzi. Poza tym zawsze je gubię.

Zaglądam przez szybkę do bankomatowego królestwa i widzę, że klient nie daje znaku życia. Zalega z twarzą do ziemi i nosem w błocku, wyciągnięty jak do spania. Tuż obok niego leży jego karta bankomatowa, pusta puszka po piwie V.I.P. i świeżutki 100 złotowy banknot, który prawdopodobnie za którymś razem udało mu się wypłacić. Trzęsąc się z zimna i bezsilności podejrzewam zgon. Niby stare indiańskie prawidła mówią, że jak kowboj upada twarzą do ziemi to znaczy, że żyje…ale w tym wypadku nie wygląda to dobrze. Gościu zszedł przy bankomacie, a mnie oskarżą o morderstwo zmotywowane jego upierdliwością i chęcią zajumania mu kasy.

Niby nie wypada wbijać się do bankomatu, kiedy poprzedni użytkownik jeszcze tam jest, ale trzeba działać. Nie mam wyboru. Z duszą na ramieniu delikatnie otwieram drzwi i powolutku wchodzę do środka. Uderza mnie fala ciepłego powietrza przepełnionego odorem wódy i bąków. No nie mogę. Teraz policja będzie miała kolejny motyw. Nie ma chyba gorszego przewinienia obywatelskiego, niż napierdzieć w ciasnym ogólnodostępnym pomieszczeniu. Co prawda bankomat to nie winda i nie trzeba czekać do kolejnego piętra żeby z niego wyjść, ale szkodliwość czynu jest jakby nie patrzeć podobna. Gdybym miała jakiś szalik, zawiązała bym sobie nos. No ale szalika nie noszę. Nie mogę w nim dopiąć kurtki do końca. A poza tym gryzie mnie w szyje.

Wstrzymuje oddech i próbuję zorientować się w sytuacji. Pochylam się nad ofiarą i szukam oznak życia. Wytężam słuch i nagle dociera do mnie miarowy dźwięk, przypominający mruczenie kota. Odgłos ten staje się coraz głośniejszy i wiem już, że jest to ciche pochrapywanie. Po krótkiej chwili nabiera ono na sile i zaczyna przypominać dźwięk wydawany chrapami przez zmęczonego konia. Nosz kutwa! Ja tu cała w nerwach, a klient najzwyczajniej w świecie sobie kima.

Dochodzę do wniosku, że nie mogę go tak zostawić  i rozpoczynam proces wybudzania. Po trwającej kilka minut reanimacji polegającej na delikatnym szturchaniu i przemawianiu doń głosem nie znoszącym sprzeciwu, udaje mi się nareszcie dobudzić jegomościa i usadzić go w pozycji mniej więcej pionowej. Klient patrzy na mnie z wyrzutem oczyma jak 5 złotych, otwiera usta i zwraca się do mnie tymi oto słowy:

-Kuuulwa! Co yeest? Pszeszszsz ja tu piniondze wypłassam!

Po czym powolutku przechyla się na bok i momentalnie zasypia.

Delikatnie podłamana sytuacją, daje ponieść się emocjom oraz podszeptom złego chochlika i zupełnie niechcący odpowiadam śpiącemu gentelmanowi klasycznym :

-A idź pan w chooj!

Po czym odwracam się na pięcie i widzę stojącą w progu matkę z dzieckiem i dwie zakonnice.

Jak być FIT od zaraz! Kompletny tutorial!

Muszę się Wam pochwalić, że od kilku tygodni udaje mi się w miarę regularnie ćwiczyć. Być może czas jesienno-zimowy nie jest najlepszy na rozpoczynanie walki o powrót do formy, ale z drugiej mańki, presja ze strony otoczenia jest teraz dużo mniejsza. Wszyscy zadrutowali się na zimę i nie jesteśmy narażeni na oglądanie niczyich jędrnych pośladów ani bicków jak melony. Postacie, które spotykamy na ulicach przypominają raczej kogoś z rodziny ludzika Michelin, niż krewnych Pameli Anderson z czasów Słonecznego Patrolu. Piździawa rozhulała się na tyle, że nawet najbardziej zajadli biegacze powciągali na kościste dupki gacie na wacie i siedzą za piecem z termoforem między żylastymi przeszczepami.

Do tego wszystkiego zbliżają się Święta. Za chwilę wszyscy przystąpią do Wielkiego Żarcia! To czas kiedy każdy, nawet najbardziej zmobilizowany fitness maniak, troszeczkę sobie odpuszcza. Jestem pewna, że Ewa Chodakowska cichaczem skubie drożdżowe ciasto, a Dziki Trener łakomie zerka w kierunku swojego ukochanego salcesonu. Każdy jarmużowo – batatowy twardziel, który przez cały rok trzymał turbo-kosmiczną dietę właśnie teraz myśli sobie, że coś mu się jednak od tego życia należy. A wypuszczony do spożywczaka, potajemnie wpycha za zimową kurtę paczkę Lays-ów i 4 Specjale!

Na przełomie listopada i grudnia nikt jeszcze nie myśli o noworocznych postanowieniach. Wszyscy skupieni są raczej na tym, jak przetrwać szarugę i zbliżające się Święta. Zaczynając ćwiczyć teraz, nie będziemy musieli zderzać się z wysypem „trzytygodniowych sportowców”, starających się odmienić swoje ciała na nowy rok. Na plus w tej sytuacji jest nie tylko to, że unikniemy tłoku na siłowni, ale także fakt, że nie będziemy musieli uczestniczyć w corocznej fit-szajbie, która  jest moim zdaniem tak samo głupia jak i deprymująca. Badania pokazują, że tylko kilka procent ludzi jest w stanie wytrwać w noworocznych postanowieniach. Wynika z tego, że podejmowanie walki o szczupłą sylwetkę na początku nowego roku, zakończy się fiaskiem dla ponad 90% z nas.

Dodatkowym impulsem, może być fakt, że do lata zostało jeszcze naprawdę mnóstwo czasu. Oznacza to, że możemy podejść do naszych treningów z odrobiną luzu. Przy założeniu, że w najbliższych dniach uda się Wam przejść na zdrowszą dietę i zacząć stosować jakąkolwiek formę ruchu, do wakacji możecie osiągnąć naprawdę niezłe rezultaty. Umiarkowana intensywność treningu w pierwszych dniach Waszej przemiany, pozwoli uniknąć szybkiego efektu wypalenia i sprawi, że z każdym dniem będziecie czuli się lepiej.

Jeżeli nie wiecie jak zacząć, polecam Wam kilka mało inwazyjnych zabiegów, które nie zajadą Was mentalnie, a stosowane systematycznie naprawdę poprawią jakość Waszego życia.

 

I. TRZY 30 MINUTOWE TRENINGI W TYGODNIU:

Ćwiczcie w systemie poniedziałek/środa/piątek, lub wtorek/czwartek/sobota.

Jeżeli nie jesteście fanami siłowni i nie macie zamiaru wydawać kasy na karnet, który później i tak zmarnotrawicie, polecam wygibasy w zaciszu domowym, lub atrakcje na powietrzu.

Wiem, że pogoda nie nastraja do działania, ale jeżeli dwa razy w tygodniu poświęcicie 30 minut swojego życia na dostosowany do swoich możliwości marszo-bieg, bardzo szybko odkryjecie, że śpi się Wam dużo lepiej i jesteście w stanie wejść bez zadyszki na I piętro. Nie potrzebujecie do tego nie wiadomo jakiego stroju. Zasadniczo wystarczą Wam poprute na dupie dresowe gacie, byle jakie buty sportowe, czapka na łeb-żeby nie wyziębić mózgu i w miarę lekka kurtka lub polar. Ze swojego skromnego doświadczenia wiem, że przy tego typu eskapadach lepsze jest ubieranie się w kilka warstw lekkich ciuchów, niż w jedną ciężką i krępującą ruchy kurtę. Pamiętajcie o tym, żeby wdychać powietrze nosem a wydychać je ustami! Unikniecie w ten sposób kolki, zapalenia gardła i ciężkiego wQurwu!

Trzeci trening w tygodniu możecie już spokojnie odbyć sobie w domku. Nie potrzebujecie do tego żadnego mega wypasionego sprzętu. Wystarczy dywan lub karimata. W fazie początkowej najlepszy będzie tak zwany FBW (Full Body Workout), czyli delikatny trening całego ciała. Poniżej coś co stosuje w tej chwili ja:

  • 4 serie po 25 przysiadów (niby nic a nieźle idzie w udka i dupsko)
  • 1-szy dzień z Aerobicznej 6 Weidera (6 powtórzeń każdego z 6 ćwiczeń na brzuch)
  • 4 serie po 10 pompek (męskich lub damskich w zależności od stopnia zaawansowania)
  • 4 serie po 10 pompek odwrotnych na triceps z użyciem krzesła lub niskiej szafki (mega dobre ćwiczenie na tak zwane „pelikany”).
  • 4 serie po 30 sekund plank (wzmacnia właściwie całe ciało. ćwiczy „cały człowiek”).
  • 4 serie po 10 wspięć na palce (na piękne łydy)

Taki zestaw możecie sobie spokojnie stosować przez jakiś czas. Stopniowo powinniście dodawać kolejne serie i powtórzenia, aż będziecie na tyle zaawansowani, że będziecie mogli rozbić treningi na poszczególne partie ciała.

 

 II. COŚ NA ZĄB

Niestety wszyscy fitnessowi cwaniacy powtarzający nam w nieskończoność, że sześciopak buduje się w kuchni mają sporo racji. Chcąc mieć ładniejsze ciało, będziecie zmuszeni odstawić śmieciowe żarcie do śmietnika!  Na początek polecam Wam drobne ale znaczące zmiany.

1.Postarajcie się jeść przynajmniej trzy porcje warzyw i/lub owoców dziennie.

Wiem, że eksperci mówią o pięciu dawkach zieleniny na dobę, ale nie chcę Was zniechęcać, ani tym bardziej doprowadzić do rozstroju żołądka. Dochodźcie do wszystkiego małymi kroczkami.

2.Na dwa obiady w tygodniu jedzcie rybę.

Odradzam mrożonki i hodowlanego łososia Norweskiego. To pierwsze jest bez sensu, a to drugie nie dość, że jest bez sensu, to jeszcze karmione kupą.

Polecam wolno hasającego łososia Pacyficznego, pstrąga lub mintaja, a do sałatek tradycyjnie tuńczyka.

3.Pijcie dużo wody!

Najlepiej zaopatrzcie się w bidon, lub sporą butlę na wodę i chodźcie z nią gdzie tylko się da. Zapotrzebowanie dorosłego człowieka na płyny zmienia się w zależności od ilości wysiłku fizycznego i temperatury otoczenia, w którym się znajdujemy ale generalnie pijcie ile wlezie!

4.Jedźcie orzechy i migdały.

Pozwólcie, że nie będę się tu rozpisywać jak zajebiście są zdrowe, ale uwierzcie mi-SĄ!

 5.Pijcie rano zieloną herbatę.

Wybierzcie wersję liściastą do zaparzania. Im bardziej zielona herbata smakuje bagnem i żabami, tym jej właściwości są lepsze! Enjoy!

 6.Pijcie czystek!

Polecam zaparzenie sobie rano solidnej ilości czystka i zabranie go do roboty w termosie. Wiem, że łażenie z termosem to trochę wiocha, ale czystek naprawdę jest tego wart! Podobnie jak w przypadku migdałów i zielonej herby nie będę się tu rozpisywać nad jego wspaniałością. Wszystko możecie sobie znaleźć w Internetach. A ja tylko nieśmiało rzucam hasło!

7.Odstawcie śmieciowe żarcie.

Koniec kropka! Sami dobrze wiecie co w siebie wrzucacie i czego musicie się pozbyć.

 8.Zastąpcie czekoladę i ciastka miodem i masłem orzechowym.

Przy zakupie masła orzechowego sprawdzajcie czy na pewno jest 100% i czy nie zawiera soli i obleśnego oleju palmowego.

 9.Ograniczcie alkohol.

Wiem, że to przykre, ale żeby osiągnąć pożądany rezultat musicie ograniczyć spożywanie procentów do maksimum 1-2 dni w tygodniu. Najlepiej przerzucić się na wino wytrawne (białe lub czerwone). W małych ilościach jest dobre na serducho!

 10.Odstawcie chleb pszenny i jedzcie pieczywo tylko rano.

Polecam chleby żytnie i orkiszowe z ziarnami.

 11.Jedzcie 4-5 małych posiłków dziennie.

Poniżej przykładowa dieta na jeden dzień (jest tu aż 5 porcji owoców i warzyw, więc to wersja PRO):

Śniadanie: 3 kromki orkiszowego chleba z kozim serem i pomidorem.

Drugie śniadanie:  Jogurt naturalny, banan, garść orzechów włoskich, garść migdałów, 3 łyżki owsianki, łyżeczka nasion Chia, łyżeczka jagód Goi.

Lunch: Sałatka: pomidorki koktajlowe, roszponka, rucola, czerwona papryka, zielona sałata, oliwki, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny.

Obiad: Łosoś pieczony w folii z czosnkiem i ziołami prowansalskimi, ryż basmati, pieczona cukinia.

Kolacja: (Nie później niż 3h przed snem): Biały ser ze szczypiorkiem i jogurtem naturalnym a na deser kiwi (które ma właściwości ułatwiające zasypianie).

 

III. WYSYPIAJCIE SIĘ

Na temat spania jest kilka teorii. Od lat mówi się, że mężczyźni powinni przesypiać 7, a kobiety aż 8 godzin na dobę. Kilka lat temu zauważono, że nasz sen jest najefektywniejszy, jeżeli ilość godzin, które przesypiamy jest wielokrotnością 1,5. Nie wiadomo dokładnie o co w tym chodzi, ale ma to jakiś tajemniczy związek z fazami naszego kimania. W ostatnim czasie przeprowadzono badania, które wykazały, że długotrwałe przesypianie tylko 6 godzin na dobę prowadzi do poważnego wyczerpania organizmu. Konkluzja jest zatem taka, że nie ma co świrować, tylko trzeba spać 7,5 godziny na dobę! Musicie się tego trzymać! Nawet jak nadrabiacie zaległości z Gry o Tron…

Jeżeli macie trudności z zasypianiem polecam Wam wykonanie szybkiego i niezwykle prostego ćwiczenia oddechowego:

Połóżcie się na wznak. Postarajcie się rozluźnić całe ciało i… zróbcie tak:

Wdech nosem trwający 4 sekundy

Przytrzymanie powietrza w płucach przez 7 sekund

Wydech ustami trwający 8 sekund.

Całość powtórzcie trzy razy a uśniecie jak mała dzidzia!

 

IV. PAMIĘTAJCIE O SUPLEMENTACH

Wbrew pozorom nie chodzi mi tu wcale o ani o metke ani o tetke. Nie mam też na myśli odżywek białkowych dla pakerów, ani kupowanych w Deep Webie macedońskich spalaczy tłuszczu powodujących sraczkę i zawał. Chciałam Wam za to polecić dwa suplementy diety, które są moim zdaniem całkiem sensowne.

Pierwszy z nich to stary dobry Aspargin zawierający magnez i potas. Jedna tabletka dziennie uchroni  Was przed dygającym okiem, skurczami łydek i irytującym sąsiadem. Pomoże także pobudzić mózg i wyreguluje metabolizm. Fajne jest też to, że wymieniony wyżej specyfik nie jest kulanym w garażu u pana Rysia suplementem diety, tylko prawdziwym lekiem. Odróżnia go to od zapakowanego w nieco bardziej bajeranckie opakowanie Asparginianu, który jest zwykłym suplementem.

Drugi specyfik, który chciałam Wam polecić, to oczywiście niezbędna w okresie  jesienno – zimowym witamina D3. Jeżeli mieszkacie w Kalifornii albo gdzieś w okolicach Sri Lanki, to ten punkt możecie sobie spokojnie pominąć. Jeśli jednak rezydujecie na  ciemnym jak dupa obszarze leżącym na północ od Opołonka, to szczerze polecam przyjmować. Ze swojego skromnego doświadczenia mogę polecić Wam witaminę D3 marki SOLGAR (1000 jednostek), lub dostępny ostatnio bez recepty wynalazek o nazwie VIGANTOLETTEN (też 1000 jednostek).

 

Na koniec chciałam Wam tylko napisać, że nie przyjmuję wynagrodzenia od producentów wymienionych wyżej tabletek. Nie jestem także opłacana przez producentów wytrawnych win, plantatorów sałaty ani rybaków z rejonu Pacyfiku.

Trochę szkoda… Więc jak coś, to zapraszam do zakładki WSPÓŁPRACA! He he!

Opowiastka o fachowcach!

Dziś na tapetę pójdzie niezwykle barwna grupa zawodowa, jaką niewątpliwie stanowią wszelkiej maści fachowcy. Z racji wykonywanego zawodu (jestem architektem), mam z nimi do czynienia dosyć często i muszę stwierdzić, że są to w tej chwili jedni z najbardziej rozchwytywanych ludzi w Polsce. Niezależnie od tego czy potrzebujemy stolarza, tynkarza, brukarza, telepajęczarza czy hydraulika, musimy zazwyczaj dosyć mocno się napocić, żeby zostać wpisanym do ich nabitego zleceniami grafiku. Mam czasem wrażenie, że sytuacja jest trochę podobna do tego z czym musimy się zmierzyć przy rejestracji u lekarza.

Wyobraźcie sobie, że stoicie po kostki w wodzie przy przeciekającym sraczu i patrzycie jak Wasz wyłożony dębowym drewnem przedpokój powolutku tonie w kiblowej wodzie. Tymczasem po drugiej stronie słuchawki ktoś lekko zachrypniętym głosem mówi Wam, że:

– „Pani/Panie w tym miesiącu, to się ni da!”!

Mam wrażenie, że ból istnienia jaki się wtedy czuje ma dosyć dużo wspólnego z uczuciem jakie towarzyszy nam podczas nieudanych prób zapisania się do jakiegokolwiek lekarza. Dzwonimy gdzieś z problemem zdrowotnym, ale jedyne co udaje nam się usłyszeć, to głos lekko zirytowanej pani zwracającej się do nas tymi oto słowy:

-„Tak wiem, że od trzech tygodni wysmarkuje pani kawałki mózgu, ale najbliższy wolny termin do doktora Iksińskiego mamy na 2388 rok. Zapisać?”

Kiedy po ciężkich bojach uda nam się wreszcie umówić z odpowiednim fachowcem, nadchodzi bardzo newralgiczny moment związany z wpuszczeniem go do mieszkania, czy też na budowę. Możemy na tym etapie wyróżnić trzy rodzaje specjalistów:

Pierwszy to tak zwany Speedy Gonzalez lub jak kto woli śliczny Misterof America, który pojawia się i znika. Wypadasz z roboty godzinę wcześniej żeby otworzyć mu drzwi. Biegiem lecisz do samochodu. Przepychasz się przez korki kurwiąc niczym Mała Ania z Warsaw Shore. Gubisz po drodze czapkę, szalik, lewy but i godność, ale złośliwy los i tak sprawia, że jesteś na miejscu minutkę po czasie. Czekasz nerwowo przez najbliższe 15 minut i wreszcie wykonujesz nieśmiały telefon. Zdziwiony głos w słuchawce odpowiada:

– „Pani/Panie przecież ja byłem dzisiaj u Pani/Pana punktualnie, ale nikogo nie zastałem! Następny wolny termin będę miał za trzy miesiące! Tera to się ni da!”.

Ciemność pojawia Ci się przed oczami, padasz z impetem na niewykończoną posadzkę i rozbijasz sobie łeb o wylewkę betonową. Tak kończysz swój mizerny żywot, a Twoje wysuszone ciało pozbawione lewego buta, zostaje po trzech miesiącach odkryte przez ekipę remontową Speedy Budimex!

Drugi typ fachowców to tak zwane Skowronki, czyli panowie którzy chcą zaczynać robotę o 7.00 rano. Kiedy po długich negocjacjach udaje Ci się przesunąć ich na 7.30, czujesz się jak mistrz perswazji. Kładąc się spać nastawiasz sobie budzik na godzinę 7.00 i z poczuciem sporego zapasu czasu udajesz się w objęcia Morfeusza. Nie muszę mówić jak wielkie jest Twoje zdziwienie kiedy o godzinie 6.40 budzi Cię rozszalały dzwonek do drzwi. Wypadasz z pościeli w rozchełstanej piżamie i pędzisz przed siebie gdzie nogi poniosą. Zanim zorientujesz się co się właściwie dzieje, masz już skręconą kostkę, wbitego w tyłek kaktusa i oko podbite drzwiami od szafy.

Trzecia grupa to tak zwani Podróżnicy. Umawiasz się z nimi na konkretny czas rozpoczęcia pracy, ale dwie godziny po jego upłynięciu ciągle ich nie ma. Z niepokojem w sercu wykonujesz telefon i dowiadujesz się, że panowie wciąż są w drodze. Po następnych trzech godzinach uświadamiasz sobie, że prawdopodobnie pojechali drogą przez Radom i spokojnie rozścielasz sobie karimatę i wyciągasz z kieszeni przygotowaną na czarną godzinę puszkę fasoli. (Jeżeli mieszkacie w Radoniu, wtedy zapewne okaże się, że panowie wybrali objazd przez Szczecin).

Nie muszę mówić jak wielkie szczęście towarzyszy człowiekowi, któremu nareszcie uda się wpuścić do mieszkania długo wyczekiwanych fachowców! Ekipa wchodzi do pomieszczenia. Z poważną miną ogląda wszystko dookoła. Błogość otula nasz umysł i ciało. Wiemy już, że jesteśmy w dobrych rękach… i wtedy pada odwieczne pytanie:

-Pani/Panie! A kto to Pani/Panu tak spierdolił?!

MMA i cała prawda o hejcie na „Dżoanę”

W zeszłą sobotę Joanna Jędrzejczyk straciła pas mistrzowski  UFC  (Ultimate Fighting Championship) w kategorii słomkowej i wszystkim odjebało! Kurz po walce nie zdążył jeszcze dobrze opaść, a już w Internecie posypały się obelżywe uwagi. Ja rozumiem, że takie sytuacje generalnie są frustrujące i każdy woli jak zawodniczka, której kibicuje, albo na którą postawił kasę w jakimś przygłupim zakładzie wygrywa. No ale czy naprawdę jej przegrana musiała wywołać u niektórych aż taki ból dupy? Rozumiem, że jej zachowanie przed walką mogło być delikatnie mówiąc irytujące i myślę, że gdybym znalazła się na jej miejscu, wolała bym przyjąć postawę obojętno-zlewczą, rewelacyjnie prezentowaną przez jej przeciwniczkę i pogromczynię Rose Namajunas.

Musimy jednak pamiętać, że zachowanie zawodników przed walką, jest pewnego rodzaju kreacją. To, że bokser czy wojownik MMA wykrzykuje na konferencji prasowej do swojego przeciwnika, że podczas walki wetknie mu pięść do tyłka i policzy żebra, nie oznacza wcale, że coś takiego wykona. Pamiętajmy, że widowiska tego typu karmią się nakręcaniem naszych emocji. Wyobraźmy sobie jakim zainteresowaniem mogła by się cieszyć gala któregokolwiek sportu walki, gdyby występujący na niej zawodnicy, na kilka miesięcy przed starciem zaczęli wymieniać się uprzejmościami i drobnymi podarunkami przekazywanymi za pośrednictwem żon i trenerów. Do tego wszystkiego, co kilka dni byli byśmy bombardowani filmikami z kolejnych konferencji prasowych, na których Pudzian wyrecytował dla Materli wierszyk, a Szpilka wręczył Zimnochowi zrobionego na drutach łabądka. Myślę, że kasa zarobiona na PPV mogła by wtedy oscylować w granicach kwoty potrzebnej do zakupu rozjebanego Cinquecento.  Musimy zrozumieć, że nakręcanie niechęci pomiędzy ludźmi mającymi za jakiś czas oklepać sobie mordy jest absolutnie koniecznym zabiegiem medialnym, nawet jeżeli wydaję się to nam niegodziwe. Tym bardziej w kraju, w którym jednym z ulubionych sportów narodowych jest tak zwany wrestling Amerykański, czyli cyrk który z prawdziwą walką ma mniej więcej tyle wspólnego co sokowirówka z Owczarkiem Alzackim (czyli raczej niewiele). Możemy być zatem pewni, że z lekka wkurwiające zachowanie naszej Mistrzyni przed walką, miało wiele wspólnego z kontraktem, który zawarła ze swoim chlebodawcą.

Idąc tokiem rozumowania pana Kawulskiego z KSW, który kilka dni temu wypowiedział się na temat hejtu wylanego na Dżoanę, należy zadać sobie pytanie, dlaczego nie wspieramy jej jako zawodniczki reprezentującej nasz kraj? Dla porównania Irladczyk Conor McGregor, może latać po scenie w majtach i mokasynach w panterkę i wykrzykiwać jakieś bełkotliwe obraźliwe bzdury, a i tak ma za sobą mur rudawych kibiców w zielonych koszulkach z koniczynką, którzy z wypiekami na twarzy i miłością w sercach przyjmują zarówno jego zwycięstwa jak i porażki. Nie zraża ich nawet jego fryzura „na niedorozwiniętego mormona” ani garnitur z wyszytymi zamiast prążków miniaturowymi bluzgami. Kochają go i wspierają choćby skały srały. Dlaczego więc my jako naród nie potrafimy wspierać naszych mistrzów w zwycięstwie i porażce? Dlaczego wnoszona do oktagonu za Joanną Jędrzejczyk flaga, nie pomaga nam powstrzymać się od wylewania na nią nocnika? Zamiast cieszyć się z fantastycznych sportowych emocji, które możemy przeżywać dzięki ludziom takim jak ona, wytykamy im tysiące błędów i obrzucamy ekskrementami. Fakty są takie, że każdy cwaniaczek, który w ostatnich dniach napisał coś obleśnego o naszej Mistrzyni , nie wytrzymał by z nią w tym zachlastanym juchą oktagonie nawet 10 sekund.

Mam wielką przyjemność przyjaźnić się z kilkoma fantastycznymi osobami, które od wielu lat, mniej lub bardziej profesjonalnie trenują sporty walki. Wiem dzięki temu jak potrafi wyglądać człowiek, nawet po amatorskiej walce czy sparingu. Hektolitry wylanego potu, dziesiątki urazów, kontuzji i wiele momentów zwątpienia a nawet lęku stoi za każdym, kto poświęcił się takiej pasji. Pomyślmy więc sobie jak wiele musieli przezwyciężyć  ci, którzy potrafili przejść na profesjonalizm i dotrzeć na sam szczyt choć na chwilę. Zastanówmy się jak wiele ambicji, odwagi, siły i samozaparcia miała ta drobna dziewczyna z Olsztyna, której udało się zawojować świat. Pomimo porażki wierzę, że wróci silniejsza i udowodni wszystkim jak bardzo się mylili.

Jazda życia! Tylko na Malcie!

WCZASY

Wbrew temu co sugeruje fota z czołówki, nie będzie to wcale wpis w 100% podróżniczy. (Chcę się po prostu pochwalić jak zajebiście nurkuję). Co prawda opiszę tu kilka moich przygód z pięknej Malty i Gozo, ale skupię się głównie na kwestii transportu dostępnego w obrębie wyżej wymienionych wysp. Muszę z ręką na sercu i pieluchą w majtach przyznać, że nigdzie w Europie nie spotkałam się z tak szalonymi kierowcami jak tam. Zacznę swój wywód od taksiarzy. W polskich realiach (poza Warszawą) jazda taksówką kojarzy się raczej ze zjeżdżaniem na plastikowym jabłuszku po wytartym tysiącem tyłków błocie pośniegowym, poprzebijanym kępami traw. Niby dążysz do celu, ale zabawa średnia i przez większość czasu masz ochotę wysiąść i stanąć obok. Kto nigdy w życiu nie wyprzedził snującego się jak smród po gaciach taksówkarza z okrzykiem: „Jeb..na złotówa!!!” niechaj pierwszy rzuci kamień!

Na Malcie i Gozo sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ledwo zdążysz dotknąć pośladkami wysiedzianej tapicerki i już zostajesz wepchnięty w kanapę niczym Jurij Gagarin. Przeciążenie rozciąga ci skórę na twarzy, a pęd powietrza z otwartego okna wysusza gałki oczne. Jazda jest tym bardziej emocjonująca, że przez większość czasu kierowca prowadzi furę jedną ręką. Drugą ma zazwyczaj zajętą trzymaniem telefonu komórkowego. Pikanterii dodaje fakt, że telefon ten najczęściej nie służy kierowcy do rozmowy. Nie! Komórka to zabawka do naparzania w różnego rodzaju kretyńskie gierki pokroju diamentów czy innych debilnych candy crushów. Wyobraźcie sobie, że zapitalacie z prędkością światła poprzez gąszcz wąskich jak spodnie hipstera i krętych jak labirynt uliczek, z patrzącym na telefon jegomościem, trzymającym kierownicę jedną ręką. Kiedyś podczas przejażdżki tego typu, ktoś z naszej ekipy poprosił kierowcę żeby jechał trochę wolniej. Taksówkarz zamarł. Rozdziawił buzię i patrząc na kolegę wzrokiem zranionej łani wypowiedział te oto słowa: „But mister! I am a very good driver!”. Po czym zwolnił z trzeciej nadświetlnej do prędkości dźwięku.

Fajna była też przejażdżka z gościem wiozącym nas na prom, którym płynęliśmy na Gozo. Zapierdzielając 200 km/h po lekko górzystej drodze wypytywał nas jakie miejsca na Malcie odwiedziliśmy. Po wysłuchaniu naszej dość długiej i szczegółowej litanii, zadał nam tylko jedno pytanie. Brzmiało ono: „Have you been to Mdina?” Po uzyskaniu odpowiedzi przeczącej, odparł krótko: „If you have not been to the Mdina you have not seen anything.” Po czym przyspieszył do 300km/h i beznamiętnie wysadził nas przy terminalu promowym.

Za najciekawszą muszę jednak uznać przygodę związaną z wycieczką na znajdującą się nieopodal Gozo Błękitną Lagunę. Pod koniec pobytu wykupiliśmy sobie rejs zabytkowym żaglowcem mającym zawieźć nas na wyżej wymienioną rajską miejscówkę. Opcja była o tyle fajna, że w cenę wycieczki wchodził też transport z hotelu do portu, z którego żaglowiec odpływał. Lekko zaspani załadowaliśmy się do czekającej na nas eleganckiej, białej jak śnieg furgonetki. Za kierownicą siedział sympatyczny starszy pan z wąsem, cierpiący prawdopodobnie na lipodemię, czyli chorobę grubych nóg. Z ogromnym współczuciem dla pana kierowcy, pokładaliśmy w nim nadzieję na spokojną podróż i możliwość ucięcia sobie króciutkiej drzemki. Naprawdę nie wiecie jak wielkie było nasze zdziwienie, kiedy samochód ruszył. Ciężko będzie mi to opisać słowami, bo prędkość z jaką wpadliśmy w wąziutkie uliczki San Lawrenz była tak wielka, że momentami wydawało mi się, że zamiast w samochodzie siedzę w bębnie pralki w czasie wirowania.

Po dotarciu do portu i pozbieraniu zwłok mniej odpornych kolegów, udaliśmy się na statek. Tutaj sytuacja miała być już zupełnie inna. Co prawda pogoda tego dnia była lekko sztormowa, ale po przejażdżce z hotelu wszystko wydawało się już dziecinną igraszką. Po kilku minutach oczekiwania na pozostałych członków wycieczki, odbiliśmy od brzegu. Żaglowiec był piękny. Niesiony na lekko wzburzonych falach przechylał się raz na lewą, raz na prawą stronę. Muszę przyznać, że ta wietrzna pogodna nawet się nam podobała. Po kilkunastu minutach dobiliśmy do następnego portu, w którym mieliśmy zabrać kolejną grupę ludzi. Niewielki tłumek wsiadł na pokład i odbiliśmy od brzegu na silniku. Jakieś 300 metrów od przystani statek zwariował. Najpierw zaczęliśmy kręcić się w kółko, co przy krypie o takich gabarytach jest dosyć zabawnym przeżyciem. Później poczuliśmy mocne szarpnięcie i żaglowiec się zatrzymał. Załoga zaczęła biegać w te i we w te wykrzykując coś po maltańsku. Z tego co udało się nam zrozumieć, prawdopodobnie w jednej chwili zepsuło się prawie wszystko co tylko mogło. Po kilku minutach otoczyły nas małe motorówki i podczepiwszy do nas liny, próbowały wyciągać krypę w kierunku brzegu. Niestety w jednej z nich zatarł się silnik, a dwie pozostałe zrezygnowały. Sytuacja była tym bardziej beznadziejna, że prąd wynosił nas na otwarte morze. Na szczęście członkowie załogi naszego statku okazali się niezłymi kozakami. Żeby powstrzymać dryfowanie, jeden z marynarzy wyskoczył za burtę i przywiązał nas do znajdującej się niedaleko boi. Rozwiązanie to groziło zerwaniem się boi, w związku z czym drugi z marynarzy, postanowił zanurkować i za pomocą drugiej liny przywiązać nas do jakiegoś ustrojstwa znajdującego się na dnie. Dodam, że na oko znajdowaliśmy się na dobrych kilkunastu metrach głębokości, a gość miał do dyspozycji tylko maskę z rurką. Akcja nurkowania trwała dobrą godzinę, ale w końcu bohaterski marynarz zdołał umocować linę na dnie. Szacun! Po ustabilizowaniu statku, podjęły nas małe łódeczki, na pokładzie których dotarliśmy na  brzeg.

W związku z awarią żaglowca zaoferowano nam przejażdżkę motorówką. Podróż na Błękitną Lagunę miała być w ten sposób dużo szybsza. Pomyśleliśmy sobie: Achuj przygodo! I cali happy załadowaliśmy się na pokład zgrabnej łódki. Niestety burty motorówki okazały się tak wysokie, że nie sposób  było cokolwiek zobaczyć. Do tego po wejściu na pokład zostaliśmy „zamknięci” brezentowym dachem. Muszę przyznać, że wnętrze owej motorówki miało w sobie bardzo dużo z  wystroju żuka, którym w latach 90-tych poruszał się mój wujas. Dwie długie wąskie ławeczki, umieszczone w przestrzeni bez okien i ludzie usadzeni naprzeciwko siebie jak śledzie, skojarzyły mi się z pewną wypasioną wycieczką nad jezioro, którą w dawnych czasach odbyliśmy tym żukiem razem z dziadkami i kuzynami. Nawet nie wiecie jak wielkie było nasze przerażenie, kiedy okazało się, że za sterami motorówki zasiadł….któż by inny! Sympatyczny starszy pan z wąsem cierpiący na lipodemię!!! Jak możecie się domyślić kolejne kilkanaście minut naszego życia spędziliśmy w bębnie pralki podczas wirowania!!! Tym razem była to Frania-bez okienka.

Czy to jest sztuka? Czy g…?

Zdjęcie pochodzi z: http://joemonster.org/art/24658 (30.10.2017)

Dziś powiem Wam kilka słów o moich odczuciach związanych z pewnym odłamem sztuki współczesnej, który na potrzeby tego wpisu nazwałam roboczo „O.O.O.” , czyli Obleśne Obrazoburcze Ohydztwo. Nazwa wydaję się być słuszna tym bardziej, że w sumie jedyne co można powiedzieć na widok eksponatów łapiących się w zakres „sztuki” „O.O.O.” to : „Ooo kurwa!” Żeby po krótce zobrazować Wam o co tu właściwie chodzi, przedstawię kilka flagowych klasyków gatunku. Przygotujcie sobie Rapaholin, setkę wódki oraz brudną miskę i jedziemy!

Na pierwszy ogień pójdzie zatrważająco obrzydliwe „dzieło” Brytyjskiego artysty Damiena Hirsta pod niezwykle enigmatycznym tytułem „Zjedzmy dziś na dworze”.  Ta dziwaczna instalacja to szklany kubik, do którego Hirst wstawił plastikowy stół i krzesła. Obok znalazł się także grill z kawałkami surowego mięcha. Na talerzach ułożone zostały resztki jedzenia. „Dzieła” dopełniały otwarte butelki z różnego rodzaju napojami wyskokowymi. Cała ta urocza instalacja miała posłużyć jako wypasiona uczta dla kilku tysięcy muszych larw (a później już zupełnie dojrzałych, mogących legalnie pić alkohol much) zamkniętych w kubiku. Za pomocą tego odstręczającego bałaganu, autor chciał pokazać cykl życia od narodzin aż do śmierci. Niestety śmierć w tym wypadku nie była naturalna, ponieważ nad stołem przebiegły artysta umieścił lampę owadobójczą. Jestem prawie pewna, że jakiś pasjonat „sztuki” zostawił w muzeum kamerkę celem nagrania pełnego cyklu muszej egzystencji i teraz z wypiekami na policzkach ogląda to syfiaste przedsiewziecie na ekranie 60 calowego telewizora. Mam szczerą nadzieję, że obok tego genialnego „dzieła” znalazło się też miejsce na elegancki stojak z woreczkami na wymiociny.

Zdjęcie pochodzi z: http://joemonster.org/art/24658 (30.10.2017)

Niezwykle dziwacznym „dziełem” zaliczającym się do klasyki gatunku O.O.O. jest też „Dywan z Hitlera”, którego autorem jest Izraelski artysta Boaz Arad. Pozwolę sobie abstrahować od oczywistego związku pomiędzy narodowością autora i tematyką pracy. Myślę, że większość ludzi na świecie, niezależnie od tego skąd pochodzą, poczuło by pewnego rodzaju satysfakcję wiedząc, że najsłynniejszy Austriacki akwarelista skończył, no cóż…jako czyjś dywan, albo wycieraczka do upieprzonych kaloszy. Nie zmienia to jednak faktu, że to gumowe ścierwo nieuchronnie zalicza się do grupy dzieł, stworzonych delikatnie mówiąc na siłę. Ani to ładne, ani przekaz nie jest zbyt głęboki. Podobnie jak w przypadku obleśnej uczty dla much, mamy tu do czynienia z czymś co ma nas zmusić do wypowiedzenia jedynych adekwatnych w tym wypadku słów, które przytoczyłam wyżej. Skoro artysta chciał poruszać się w ramach sztuki użytkowej, to myślę, że o wiele bardziej utylitarnym pomyslem było by zaprojektowanie linii pisuarów z nadrukowaną na nich (w miejscu muchy) otwartą paszczą Adolfika.

A rug in the form of a „skinned” Adolf Hitler is put on display at Israeli artist Boaz Arad’s exhibition „VoozVooz” at the Centre for Contemporary Art in Tel Aviv February 20, 2007. REUTERS/Gil Cohen Magen (ISRAEL)

Zdjęcie pochodzi z http://art.blox.pl/2007/02/Dywan-z-Hitlera.html (30.10.2017)

W żenujący klimacik wpisują się też niestety nasze rodzime „dzieła”. Genitalia na krzyżu, piramida zwierząt, które autorka własnoręcznie wytypowała do uśpienia i wypchania, czy też obóz koncentracyjny z klocków LEGO, to z całą pewnoscią wielka gówniana rysa na Polskiej sztuce współczesnej. Prawda jest taka, że nie są to rzeczy ani szokujące ani zmuszające do jakiejkolwiek refleksji czy zadumy. Moim skromnym zdaniem są one po prostu okrutne i skrajnie głupie. Celowo nie wymienię tu autorów, tych idiotycznych instalacji żeby nie robić zdziwaczałym ludziom niepotrzebnej reklamy. W podobny odłam O.O.O. wpisuje się także Amerykanin Andreas Serrano i jego obrazoburcze fotografie przedstawiające krucyfiks zatopiony w różnych substancjach, w tym między innymi w jego własnym moczu. Choć autor twierdzi, że przesłaniem zdjęć miało być zwrócenie uwagi na przesadne komercjalizowanie symboli religijnych we współczesnej kulturze, to oczywistym wydaje się fakt, że pieprzy jak potłuczony. Ostatnie dwie lub trzy dekady, to wylęgarnia osobników pozbawionych weny lub talentu (lub jednego i drugiego), którzy zamiast ruszyć mózgiem i zrobić coś ważnego i godnego uwagi, próbują z uporem maniaka wyjechać na bezczeszczeniu Chrześcijańskich symboli religijnych, albo czepiać się tematów uznanych przez opinię publiczną za delikatne. Swoją drogą zastanawiający jest fakt, dlaczego przyczepili się akurat do tej religii? Pytanie jest oczywiscie retoryczne. Nie trzeba na nie odpowiadać.

Zdjęcie pochodzi z: http://antyweb.pl/na-sztuce-sie-nie-znam-to-sie-wypowiem/ (30.10.2017)

Jadąc dalej wspomnieć trzeba o różnego rodzaju instalacjach artystycznych w stylu skundlonej, obfajdanej kołdry ciepniętej na zardzewiałe szpitalne łóżko, pękniętej opony położonej na manekinie bez głowy, za to z wbitym w tyłek śrubokrętem, albo lalki zawieszonej za nogę na łuszczącej się z farby ramie okiennej. Przyznam się, że powyższe trzy przykłady pozwoliłam sobie zmyślić, ale jestem prawie pewna, że jakaś szanująca się galeria sztuki współczesnej, ma teraz w swoich zbiorach „dzieło” bardzo zbliżone do tego co tu opisałam. Autentycznym eksponatem w podobnym klimacie jest za to krzesło z powbijanymi w siedzisko gwoździami. Rozumiem, że autor (lub autorka), ma pewne problemy z hemoroidami, jednak nie wiem czy jest to przekaz wystarczajacy, żeby wystawiać się w szanowanych galeriach sztuki. Na podobnym poziomie znajduje się także „Członkotron”, czyli nic innego jak fotel ozdobiony powyginanymi na wszystkie strony kutasikami. Urocze!

Zdjęcie pochodzi z: http://antyweb.pl/na-sztuce-sie-nie-znam-to-sie-wypowiem/ (30.10.2017)

Dożyliśmy czasów, w których prawdopodobnie najwyższym wyrazem artystycznego geniuszu było by zatrzymanie się na środku idealnie białej sali wystawienniczej, ściągnięcie gaci, delikatne przykucnięcie i postawienie klocka na błyszczącej posadzce z żywicy epoksydowej. Dopełnieniem dzieła mogło by być odspiewanie Marsylianki i zatknięcie w kupie maleńkiej chorągiewki z napisem „PRZEMOC”! Idąc tym tokiem rozumowania, nie ma co sie zastanawiać tylko w te pędy należy otwierać warsztat lepienia rzeźbek z gołębiego guana. Myślę, że gdybym zaczęła taką działalność, za kilka tygodni dostałabym telefon z Nowego Jorku z propozycją wernisażu. Może i rzeźbki z ptasiego gówna dość łatwo się rozpadają i śmierdzą opuszczonym poddaszem, ale przecież do jasnej cholery ile w tym sztuki! A ile delikatności!!! Nigdy nie zapomnę sytuacji sprzed kilku lat, kiedy dotarła do mnie sensacyjna wiadomość o tym, że studentka jednej z naszych rodzimych Akademii Sztuk Pięknych, postanowiła jako pracę dyplomową ukulać rzeźbę z własnych glutów! Jak wszyscy wiemy, wkład własny autora jest czynnikiem znacząco podnoszącym jakosć dzieła, jednak w tym przypadku śmiem twierdzić, że owa niewiasta zrozumiała to odrobinę zbyt dosłownie.

Na koniec chcę Wam powiedzieć, że istnieją jeszcze na tym świecie artyści, którzy robią rzeczy naprawdę wartościowe i godne uwagi, a ich sztuka ma fajny przekaz i co ważne jest miła dla oka. Wklejam Wam linki do ich stron. Żeby było siekawiej wybrałam artystów lokalnych! Enjoy:

MALARSTWO:

  1. Andrzej Umiastowski: http://umiastowski.pl/
  2. Krzysztof Syruć: http://cargocollective.com/syruc
  3. Łukasz Fruczek: http://fruczek.wixsite.com/lukasz-fruczek/miniaturesa
  4. Mikołaj Harmoza: http://mikolaj.harmoza.pl/index.php/top/o-mnie

RZEŹBA:

  1. Maria Teresa Kuczyńska: http://mihurybi.website.pl/majka/kuczyn3.html
  2. Tomasz Radziewicz: https://www.artstation.com/tomekradziewicz

Profanujesz Symbole Narodowe?

Martwi mnie to, że tak wielu ludzi w Polsce nie szanuje symboli narodowych. Dożyliśmy bardzo dziwnych czasów. Znaleźliśmy się w realiach, w których granica pomiędzy tym co wypada, a tym czego nie wypada robić z dziedzictwem, które otrzymaliśmy od naszych przodków, została dość mocno zatarta. Zadziwiający i zatrważający jest dla mnie fakt, „ozdabiania” niemal każdego kawałka byle jakiej szmaty, symbolami niosącymi za sobą bohaterstwo i martyrologię Narodu Polskiego. Osłupiająca jest też bezmyślność i infantylny optymizm ludzi ze spranymi jak stare gacie mózgami, lecących za tym trendem jak muchy do spoconej pachy. Choć kilka osób w Internecie (i nie tylko) podnosiło już tę kwestię, to jednak moim zdaniem temat powinien być nagłośniony nieco bardziej. Zanim przejdę do meritum mam apel, aby nie rozpętywać gównoburzy bez doczytania tego wpisu do końca! Dziękuję.

Jeżeli to czytasz, to prawdopodobnie jesteś patriotą. Ja też jestem patriotką. Kocham ten kraj i do szpiku kości szanuje jego historię. Napawa mnie prawdziwa duma, gdy widzę defilujące Wojsko Polskie i łza kręci mi się w oku kiedy śpiewam Mazurka Dąbrowskiego albo oglądam wywiady z ostatnimi żyjącymi Powstańcami Warszawskimi. Zawsze gdy na nich patrzę, myślę sobie że to nie ludzie, lecz obdarzone nadludzką odwagą anioły, zesłanie na ziemię w szatańskich czasach, żeby nas bronić i dać kolejnym pokoleniom przykład jak należy żyć w chwili, gdy jedyną opcją jest śmierć. Mam w swojej rodzinie troje Warszawskich Powstańców i jeszcze kilku członków AK, którzy walczyli w innych rejonach Polski. Dane mi było rozmawiać w cztery oczy z ludźmi którzy przeżyli piekło wojny i ból porażki związanej z niemal 50-letnią okupacją Związku Radzieckiego w naszym kraju. Między innymi dlatego tak bardzo drastyczne wydaje mi się to, co jest dziś robione z symbolami, które nierozerwalnie złączone są z największymi cnotami i wartościami jakie posiada Polska. Dlaczego nawet tak ważna i wspaniała idea jaką jest patriotyzm, musi być dziś sprowadzana do poziomu syfiastego popkulturowego szamba?

Czy naprawdę wydziaranie sobie tuż nad dupą Godła Rzeczypospolitej Polskiej, jest oznaką przywiązania do wartości narodowych? Czy późniejsze prezentowanie tegoż godła w zestawieniu z koronkowymi majtami, białymi kozakami i silikonowymi balonami można traktować jako normalny przejaw patriotyzmu? Czy kupowanie slipów z nadrukowanym tuż koło jajec symbolem Polski Walczącej na serio jest w porządku? A może fajnym pomysłem jest tatuowanie sobie tego symbolu na łydzie, mając na drugiej nodze portret komunisty Che Guevary? Czy zamęczona przez nazistów w KL Auschwitz Anna Smoleńska – 23 letnia autorka znaku słynnej „Kotwicy”, była by zadowolona z takiego obrotu spraw? A może spodobało by jej się domalowywanie zaprojektowanemu przez nią symbolowi sutków i przekształcanie litery „W”  w zwyczajne ordynarne cycki? Czy może wreszcie stringi z Herbem Polski umiejscowionym nad rowkiem to naprawdę pozytywny przełom w branży bieliźniarskiej? Odpowiedzi na te pytania wydają się dosyć oczywiste, ale niestety nie dla wszystkich. Jak widać gacie i zrobione w głupich miejscach tatuaże o tematyce patriotycznej są w dzisiejszych czasach na fali wznoszącej.

Kolejną kwestią są różnego rodzaju koszulki i bluzy przyozdobione najważniejszymi symbolami narodowymi. Uważam, że manifestowanie swojego patriotyzmu w taki sposób niemal każdego dnia, jest trochę jak modlitwa na pokaz. Najwyraźniej jednak chęć codziennego pokazywania swojej dumy narodowej jest dziś dla wielu osób bardzo ważna. Choć mam do tego nieco inne podejście,nie będę tego hejtować. W ostatecznym rozrachunku takie odruchy są raczej przejawem bardziej pozytywnym niż negatywnym. Sama w czasie różnego rodzaju międzynarodowych imprez sportowych zakładam koszulkę z orłem na piersi. Uważam ją jednak za pewnego rodzaju ubiór odświętny. Nosząc ją, staram się nie wylewać nie siebie browara, nie wdawać się w niepotrzebne szarpaniny, ani nie zasnąć w krzakach. Kluczem do sprawy jest tutaj właśnie to, jak się będziemy w takim stroju zachowywali. Osobiście uważam, że nie jest to ubranie odpowiednie do usuwania gnojowicy, chlania na umór, wdawania się w mordobicie na festynie ani defekacji w miejscu publicznym. Generalnie jako osoby dumne ze swojej przynależności narodowej powinniśmy nosząc odzież patriotyczną zachowywać się jak mali bohaterowie. Pomagać staruszkom na przejściu dla pieszych. Ściągać kota sąsiadki z drzewa. Być uprzejmym dla ludzi na ulicy i w tramwaju. Bronić słabszych przed atakami dręczących ich palantów. Generalnie pomagać bliźnim w różnego rodzaju drobnych codziennych sprawach i być dla nich miłym i uprzejmym. Niby to nic takiego, ale jeżeli z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie zachowywać się sympatycznie i pomocnie, (na przykład dlatego, że ludzie nas wkurwiają) postarajmy się przynajmniej nie postępować wrednie, żałośnie i obleśnie. Postawmy za to na wyważoną neutralność.

Na koniec muszę wspomnieć o dość mocno rozpowszechnionym ostatnio zwyczaju bazgrania sprayami i różnego rodzaju gównianymi markerami po Fladze państwowej. Czy przekaz w stylu „Radom z Wami”, „Sosnowiec Wita”, „Pszczyna Pamiętamy”, „Dziękujemy Adam” albo „Sto lat Panie Zdzisławie” naprawdę jest godzien tego, by „przyozdabiać” nim Flagę Polski? Czy nie można bzdur tego typu gryzmolić na zwykłym kawałku białego płótna albo kartonu? Po co mieszać flagę w tego typu pierdoły? O ile mi wiadomo są nawet w naszym kraju jakieś paragrafy za mazanie po fladze. Mimo to ludzie ciągle to robią! Dość!
Kończąc chce Wam po prostu powiedzieć, żebyśmy wszyscy starali się nieco bardziej dbać o symbole narodowe i nie używać ich nadaremno. Szanujmy przekaz emocjonalny jaki się z nimi wiąże i pamięć o ludziach, którzy niejednokrotnie tracili życie w walce o nasz kraj i naszą przyszłość. Pamiętajmy, że Flaga Narodowa i Godło Rzeczypospolitej Polskiej to nasze wspólne dobro narodowe i, że wolność którą symbolizują, może nie być nam dana na zawsze. Tym bardziej starajmy się jako Polacy szanować nasze najważniejsze symbole, aby tym samym dawać przykład i wzbudzać szacunek u innych.
Podaję Wam jeszcze linki do filmików, które uzupełnią mój wpis:

O symbolu Polski Walczącej i o tym jak go „używać”:

O tym jak Amerykanie traktują swoją flagę państwową:

Na koniec materiały źródłowe, z których pochodzą zdjęcia użyte w kolażu:

1.http://www.newsweek.pl/polska/polka-walczaca-na-czarnym-protescie-sprawa-zajmie-sie-prokuratura-,artykuly,398285,1.html

2. http://odbudowarp.pl/moda-na-patriotyzm-obrzydliwe-naduzywanie-symboli-narodowych/

3. http://tttaaatttooosss.blogspot.com/2013/08/tatuaz-orze-patriotyczny-tatuaz-dla.html
4. https://kwejk.pl/przegladaj/2944955/0/najlepsze-dziela-januszy-tatuazu.html
5. koszulki-patriotyczne.cupsell.pl/produkt/215407-stringi-z-herbem.html
6. http://demotywatory.pl/4676155/Koles-ma-o-jedna-noge-za-duzo

Śledź, wino i pianino. Czyli gdzie się podziały tamte prywatki?

Sądzę, że spora część z Was chce czasem rozerwać się „na mieście”. W ostatnich latach powstało wiele nowych, modnych i niezwykle lansiarskich przybytków. Absolutnie fantastyczne są naszym zdaniem dzienne kawiarnie, restauracyjki, lanchownie i inne designersko wyposażone miejsca o zadziwiająco prostych, ale jakże mózgo-wkrętnych nazwach. Oprócz chlebów i marmolad, cynamonów i śledzi, kromek i widelców, pojawiają się także nieco bardziej psychodeliczne nazwy, jak krew i wino czy też picze i pianino. Ta druga nazwa idealnie nadawała by się dla nocnego klubu w stylu Moulin Rouge, ale niestety została przez nas zmyślona. Jeżeli ktoś otwiera knajpę z eleganckim striptizem i szuka dobrej nazwy, to oczywiście zapraszamy do zapoznania się z zakładką „współpraca”. Podkreślamy, że striptiz musi być elegancki, bo tak zajebistej nazwy nie sprzedamy byle jakiej spelunie z wijącymi się na obłapionej rurze, bułgarskimi dziwusami w poprutych rajstopach. (Lubimy Bułgarię – przyp. red.) Wracając do wątku dziennych gustownych knajpeczek, warto napisać kilka słów o klienteli. We wszystkich tych miejscach przesiadują hipsterzy, ubrani równie smacznie jak jedzenie w nich serwowane. Towarzyszą im najczęściej nieziemsko zgrabne i tak samo elegancie długowłose niewiasty. Pomimo, że sałatka w większości tych lokali jest serwowana w słoiku zajumanym z piwnicy czyjejś 90-letniej sąsiadki, to jednak w byle jakim stroju tu nie wejdziesz. Na całe życie zapamiętamy sytuację, kiedy pojawiłyśmy się w jednym z takich miejsc w porozwlekanych na tyłkach i kolanach dresach ujebanych pyłem z budowy. Wstyd jaki wtedy przeżyłyśmy był znacznie większy niż ten, który czuje szóstoklasistka, gdy na WF-ie wypadnie jej ze stanika kwacz waty. Niby nikt nic nie mówił! Niby wszystko spoko, ale przyciągnęłyśmy wtedy na pewno znacznie więcej spojrzeń niż pieśniarka Lady Gaga w swojej sławetnej kreacji z padliny. Generalnie w lokalach tego typu, nawet tych o profilu wieczorno-nocnym, wszyscy siedzą sobie grzecznie z nienagannym makijażem i niewzruszoną brodą do samego rana, pamiętając przy tym żeby cały czas prezentować się idealnie. I tak sobie równo siedzą ci śliczni ludzie, w tych ładnych wnętrzach i nie dzieje się kompletnie nic! Nie zrozumcie nas źle – fakt, że pojawiły się w naszym kraju tak eleganckie i wysmakowane miejsca i, że chodzą do nich tak fajnie wylansowani ludzie jest ogólnie spoko! Problem polega na tym, że poza tym niewiele się już dzieje. Ogólnie w knajpach wieje nudą. Trudno znaleźć już gdziekolwiek ducha prawdziwej radosnej, niczym nie skrępowanej zabawy. Próżno dziś szukać szalonego klimatu dawnego sopockiego Sphinxa czy SPATiF-u. Niby obydwa lokale istnieją, ale nie ma już w nich tego ducha i energii co kiedyś. Nikt nie udaje się już w objęcia Morfeusza na przykurzonych kanapach dekadenckich przybytków. Nie istnieją już też właściwie miejsca, w których można poszaleć do muzyki nieco innej niż szajs puszczany w dużych klubach nocnych wyrwany żywcem z Wasaw Shore. Jest jakby idealnie, ale jak tu w takiej aurze się do cholery wyluzować? Zadania nie ułatwia też dosyć kontrowersyjna moda na dokumentowanie imprez przez nadwornych knajpianych fotografów. Siedzisz sobie spokojnie przy barze. Popijasz piwko, winko lub łiskacza, aż tu nagle: Bach! Fleszem po gałach! Zanim pozbierasz zęby z podłogi, wyjmiesz z tyłka rozbite szkło i wdrapiesz się z powrotem na stołek, jegomość znika w tłumie i nie jesteś już w stanie go namierzyć. Z resztą pewnie i tak było by to niemożliwe, bo dajemy głowę, że gościu nosi brodę drwala, rogowe okulary i czapkę z daszkiem w wisienki. Co rzecz jasna czyni go absolutnie nieodróżnialnym od reszty klienteli większości modnych lokali.

Pragniemy więc zadać pytanie: Gdzie się podziały czasy, w których każde indywiduum było na wagę złota i stanowiło cenny klocek do układanki twórczego i niepowtarzalnego szaleństwa jakim była trójmiejska „scena imprezowa”?. Gdzie tamte tańce, spontaniczność, wolność i różnorodność? Gdzie koloryt dawnych lokali? Na pewno wielu z Was pamięta jeszcze czasy, kiedy zwyczajnym obowiązkiem barmanów w wielu miejscach, było oprócz polewania drinków i dyskusji z klientami, spychanie z baru tyłków i nóg odzianych w kabaretki. Działanie to nie miało jednak bynajmniej charakteru napomnienia czy też stygmatyzacji. Chodziło tu tylko i wyłącznie o uzyskanie odrobiny miejsca na przygotowanie kolejnych napojów i przyjęcie zamówień. Bezcenne były też „występy” lokalnych artystów i performerów. Nieoceniony jest tutaj wkład słynnego Leona Dziemaszkiewicza, który nie zważając na charakter spotkania jakie akurat odbywało się w danym lokalu, zwykł dołączać do dyskusji ubrany w stringi z cekinami, kabaretki i boa z piór. Pewnego razu udało mu się zupełnie nieświadomie dołączyć, do toczącego się w sopockim SPATiF-ie, niezwykle ważnego biznesowego spotkania, które prawdopodobnie między innymi za jego sprawą wypadło nad wyraz pomyślnie. Gdzie czasy kiedy na miasto można było pójść w ciemno, bez żadnego umawiania, a i tak było wiadomo, że zawsze spotka się jakąś znajomą twarz? Gdzie atmosfera przesiąknięta historiami, bajaniem, wspominaniem i żywą twórczą dyskusją przy kielichu? Bez względu na to czy była to lampka wina w środku tygodnia, czy wymykające się spod kontroli szaleństwo do rana, to było to zawsze coś więcej niż tylko zwykłe pójście do pubu. Był to kontakt z człowiekiem, dobrą muzyka i fantastyczną dekadencką atmosferą bez silenia się na sztuczność i robienia zaplanowanego w każdym detalu, fikcyjnego wrażenia. Po takich wieczorach nawet potężny kac nie bolał tak bardzo, bo człowiek wiedział za co płaci.

Dziś nam tego brakuje i mamy nadzieję, że gdzieś są, albo powstaną miejsca, gdzie duch takiej zabawy jeszcze się tli. A jeśli choć kilka osób myśli podobnie jak my, to nie jesteśmy straceni! Jest nadzieja!

Jak nie dać się zmanipulować, czyli krótka historia o nienawiści

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem coraz mocniej zadziwiona tym, co od jakiegoś czasu odpierdala się w naszym pięknym kraju. Muszę się Wam szczerze przyznać, że moje podejście do sytuacji, z którą przyszło nam się dzisiaj zmierzyć, zmieniało się kilkakrotnie na przestrzeni ostatnich lat. Przechodziłam etapy wściekłości, załamania, bezsilności i zobojętnienia, a później cykl ten powtarzał się od nowa.. i od nowa. W końcu po kilku latach walki z wiatrakami i samą sobą, postanowiłam odciąć się zupełnie od rzeczy, na które przecież i tak nie mam żadnego wpływu. Odcięcie to pozwoliło mi na złapanie niezbędnego dystansu i zrozumienie rzeczy, które wcześniej były dla mnie niejako ukryte. Liczę się z tym, że to co za chwilę napiszę może spotkać się falą krytyki i bluzgów. Mimo to postanowiłam przekazać Wam to, co od jakiegoś czasu leży mi na wątrobie. Temat podziałów, niedopatrzeń, manipulacji i niesprawiedliwości jakie mają miejsce w naszym kraju, jak również ich genezy, jest tak głęboki, że żeby chociaż musnąć jego powierzchnię, trzeba by prawdopodobnie napisać trzytomową powieść ze stustronicowym wstępem i epilogiem. Rzecz jasna na blogu nie jest możliwe, w związku z czym pragnę skupić się na pokłosiu tego, do czego całe to szambo pełne zaniechań, przedobrzeń, korupcji, oszustwa i skurwysyństwa doprowadziło nas-zwykłych obywateli tego kraju.
Dzieło naszej nieudolnej i przegnitej do szpiku kości „klasy politycznej” tworzone było w pocie czoła przez niemal trzydzieści lat. Nic więc dziwnego, że ów ohydny, nabrzmiały ropą czyrak, wewnątrz którego wszyscy żyjemy jest dla nich tak ważny i tak troskliwie pielęgnowany. Usilne starania osobników, często dysfunkcjonalnych, nie posiadających żadnych kompetencji, do tego aby zajmować jakiekolwiek ważne stanowiska państwowe, doprowadziły do eskalacji niczym sensownym nie umotywowanej nienawiści. Żadna z obecnie znajdujących się w naszym parlamencie (jak też i poza nim) formacji politycznych nie ma nam do zaoferowania niczego sensownego. Aby przykryć ten żałosny fakt, nauczyli się zbijać swój kapitał polityczny na nieustannym wsadzaniu kija w mrowisko i podburzaniu nas przeciwko sobie nawzajem. Jak mogliśmy pozwolić im aż tak bardzo się podzielić? Dlaczego od lat bezkrytycznie słuchamy tego, co wmawiają nam gadające głowy z jednej czy drugiej stacji telewizyjnej? Jak to możliwe, że jesteśmy jako naród aż tak podatni na podszepty i manipulacje tych żałosnych, spróchniałych, zakompleksionych dziadów? Dlaczego niemal w każdej rodzinie, toczą się spory na gruncie politycznym i światopoglądowym? Każdy z Was na pewno dobrze zna sytuację z takiej czy innej rodzinnej imprezki, na której na jednym końcu stołu należy sadzać ochlastaną na jeża neurotyczną ciotkę feministkę, a na drugim podśmiardującego naftaliną wuja narodowca z przyżółconym wąsem. Pomiędzy tym wszystkim musi się jeszcze znaleźć miejsce dla babci z koła różańcowego Radia Maryja i panseksualnego kuzyna w obciskających jajka musztardowych rurkach. Każdy patrzy na każdego z twarzą pełną napięcia i przeszukuje zakamarki mózgu celem znalezienia tematów jak najbardziej neutralnych. O pogodzie nie pogadasz, bo przecież u nas ciągle leje i jeszcze ktoś nieopatrznie wyciągnie temat parasolek, co odpali wuja narodowca! O jedzeniu też tak nie za bardzo, bo wyjdzie na to, że babcia sama gotowała, co przecież podkurwi ciotkę feministkę! W sumie kuzynka wzięła ślub i można by o tym…ale o miłości też tak średnio, bo przecież panseksualny kuzyn…i babcia! Jeżeli macie naprawdę dużego pecha, to na to wszystko wkroczy jeszcze Wasza mieszkająca za granicą siostra z nowym chłopakiem o dźwięcznie brzmiącym imieniu Khalid Mustafa i rozpieprzy i tak już nieźle dogorywającą atmosferę w pizdu!
Patrząc na to wszystko należy zadać sobie pytanie jak mogliśmy dać sobie TO zrobić? Dlaczego obcy głupi ludzie byli w stanie skłócić nie tylko sąsiadów czy przyjaciół, ale też całe rodziny? Przyznajcie się sami przed sobą ilu przyjaciół i bliskich straciliście tylko dlatego, że dowiedzieliście się, że głosowali na tego czy innego pajaca? Ilu z Was zostało wyrzuconych z czyichś fejsbukowych znajomych za poglądy polityczne? A ilu z Was samemu usuwało znajomych z tego samego powodu? Spójrzcie w głąb siebie i pomyślcie czy to wszystko naprawdę jest tego warte? Odpowiedzcie sobie na jedno proste pytanie: Czy gdyby byle żul spod budki z piwem, od lat regularnie zaczepiał Was na ulicy i przekonywał, że Wasza matka jest zdrajczynią i wrogiem narodu, tylko dlatego ,że dała 5 złotych jakiemuś drugiemu zaszczanemu żulowi, to znienawidzilibyście matkę? Czy może zasadzilibyście majaczącemu pijaczynie kopa w obfajdane dupsko i poszlibyście w swoją stronę? Tak samo jest właśnie z nami i tym co w tej chwili nam zrobiono. Wszyscy zostaliśmy zmanipulowani przez bandę zdziwaczałych, rządnych władzy żuli. Nasi politycy troszczą się o nas mniej więcej tak samo jak ten natrętny żul! Jedyną drogą żeby zakopać dzielący nas pełen nienawiści i uprzedzeń wąwóz, jest pokazanie tym wszystkim, którzy tak usilnie starają się nas dzielić, że mamy ich głęboko w dupie! Przestańmy nienawidzić się nawzajem. Każdy ma przecież prawo do własnego zdania. Nawet na najbardziej kontrowersyjne tematy. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy się z tym zdaniem obnosić, jak głupek wioskowy z wysypką i przy okazji nienawidzić ludzi, którzy naszych poglądów nie podzielają. Owszem, możemy dyskutować i starać się przekonywać innych do swoich racji, ale nie możemy pozwolić aby nas na siebie szczuto! Pokażmy wreszcie politykom wszystkich formacji, że jesteśmy razem! Tylko w ten sposób będziemy w stanie cokolwiek zmienić w tym kraju i uchronić siebie i swoich bliskich od tragedii, która niestety nieuchronnie się zbliża! Od lat jedziemy autobusem kierowanym przez bandę szaleńców bez uprawnień i tylko razem możemy ten autobus wyprowadzić na prostą!